Działo się to w głębokim PRLu. Po ulicach miasta jeździło kilka taksówek, jedna bardzo szczególna. Duża, czarna, w kształcie prostopadłościanu na kółkach, z kabiną kierowcy oddzieloną od pasażerów szklaną szybą, z reflektorami z przodu – prawdziwa angielska taksówka. Nie było takiej drugiej w mieście, a czy w Polsce?

Kierownik wiele razy w ramach swoich obowiązków wyjeżdżał w teren, do sadowników, rozeznać, ile kwiatów na jabłoniach, czy mróz nie zważył, czy pszczoły zapyliły, czy grady ominęły, czy słońce wyzłociło… Jago zakład pracy nie posiadał samochodu. Zawsze brał tę taksówkę, obszerną, można było zmieścić w niej sporo osób, jeśli zaistniała taka konieczność, a pojawiała się, bo ogrodnicy spraszali wierchówkę na wyżerkę. Czuli się współodpowiedzialni za jej dokarmienie, ostatecznie to z nią podpisywali coroczne kontrakty. Wszystko biegło swoim trybem, taksówkarz był do dyspozycji i w piątek i w świątek, ostatecznie jemu też przypadała skrzyneczka owoców lub pęto kiełbasy.

I na tym mogłaby się ta historia zakończyć. Ale…

Pewnego razu Kierownik wrócił po pracy w towarzystwie taksówkarza. Otworzył pudło fortepianu, wyjął plik dziesięciu tysięcy złotych i wręczył mu. Bez żadnych dowodów, które mogłyby obciążyć strony – na słowo. Taksówka odmówiła posłuszeństwa, a taksówkarz na zakup innej nie był przygotowany. Należy zaznaczyć, że w tych czasach banki były w powijakach, a poza tym, kto by się afiszował jakimkolwiek posiadaniem. Urząd skarbowy tylko czekał, żeby wlepić domiar prawem kaduka. Jakiekolwiek więc oszczędności i kosztowności były przechowywane w domu, nie w przysłowiowej skarpetce, ale właśnie w fortepianie, szafie, biurku, pod materacem, pod podłogą, … w popielniku – te miały dużą szansę pójścia z dymem, gdy podczas nieobecności mieszkańców usłużna babcia w ramach pilnowania mieszkania zrobiła porządki.

I na tym mogłaby się ta historia zakończyć. Ale…

Dwa dni później miasto obiegła wiadomość, że taksówkarz nagle zmarł na atak serca. Pozostawił niepracującą żonę z czwórką małych synów, najstarszy miał 10 lat, a pozostali „co rok prorok”. Kierownik i jego żona zdali sobie sprawę, że nie ma szans na odzyskanie jakichkolwiek pieniędzy od wdowy, bo i skąd miałaby wziąć. Nawet nie poszli upomnieć się.

I na tym mogłaby się ta historia zakończyć. Ale…

Upłynęło ponad dwadzieścia lat, nastała epoka Gierka. Kierownik był już od kilku lat na emeryturze. Pewnego popołudnia, gdy siedział z żoną przy stole, możliwe, że dla zabicia czasu grali w kanastę, dzwonek do drzwi. Weszła pani w wieku emerytalnym i młody człowiek, żona i najstarszy syn taksówkarza. Przyszli oddać te dziesięć tysięcy złotych. Nie mieli możliwości wcześniejszego zwrócenia długu, choć traktowali go priorytetowo. Synowie musieli dorosnąć, skończyć studia i zacząć pracować aby wspólnym wysiłkiem uzbierać potrzebną kwotę. Przepraszali za zwłokę, dziękowali za wyrozumiałość, za to, że Kierownik nigdy ich w tej sprawie nie nagabywał. Kierownik i jego żona byli wzruszeni.

I na tym mogłaby się ta historia zakończyć. Ale…

Pieniądze, które taksówkarz pożyczył pochodziły z łapówek, te zaś, które synowie zwrócili z pracy. Czy to były te same pieniądze?